„Odpowiedź”
Barbara Różycka

Była sobie młoda kobieta, która mimo, że była mężatką już klika lat, nie miała jeszcze dzieci. A chciała mieć, bo i czas był po temu. Niestety jej dotychczasowe starania okazały się bezskuteczne. Na nic się zdały wizyty u kolejnych medyków, porady doświadczonych matek,  ani modlitwy do wszystkich świętych. Po latach próbowania, zwątpień i płonnych nadziei gotowa była się poddać, gdy usłyszała o Starej Kobiecie w głębi lasu, która pomogła wielu ludziom w beznadziejnych sprawach. Chwyciwszy się ostatniej deski ratunku, najęła przewodnika, bo droga tam była trudna i daleka.
Prowadził ją przez leśne ostępy krętymi ścieżkami, w coraz gęstsze i dziksze partie puszczy. Kobieta, drżąc na myśl o bestiach czających się w gęstwinie, podążała tuż za nim. Wtem ujrzała na poboczu syczącą żmiję. Krzyknęła przerażona. Przewodnik zatrzymał się, uspokoił ją gestem, żmija tymczasem odpełzła między drzewa. "Nie cierpię węży. Okropne stworzenia. Że też ziemia nosi te paskudztwa" – wyszeptała, dochodząc powoli do siebie. "Nie ma się czego bać” - odrzekł jej towarzysz – „Węże jak i inne stworzenia są częścią tego lasu. Trzeba znać ich zwyczaje i wiedzieć, jak się z nimi obchodzić, a nie uczynią ci krzywdy. Krocz uważnie, lecz pewnie, głośno stawiaj kroki,
a ostrzeżone same odejdą, bowiem lękają się ciebie bardziej niż ty ich." Pokręciła głową z powątpiewaniem, ale zastosowała się do jego rad.

Gdy dotarli do chaty Starej Kobiety, przewodnik pożegnał się i rzekł, że od tej pory musi radzić sobie sama. Odetchnąwszy głęboko przekroczyła próg. Przy palenisku, w oparach dymu ujrzała siedzącą w kucki staruszkę, ubraną w wilcze skóry. Wpatrzona w ogień kiwała się
i mamrotała do siebie niezrozumiale. Zdawała się nie zauważać przybyłej. Nagle spojrzała na nią przenikliwie. "Wiem po co przybyłaś” – zaskrzeczała, nim ta zdołała cokolwiek powiedzieć – „Jednak musisz sobie odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: Po co ci to dziecko?!"
Zaskoczona obcesowością staruchy zaniemówiła. Jednocześnie z przerażeniem uzmysłowiła sobie, że nie potrafi szczerze odpowiedzieć. Przez jej myśl przewaliło się w jednej chwili mnóstwo odpowiedzi, lecz wydały jej się nagle głupie i bezsensowne, bądź co gorsze nieprawdziwe. Widząc jej zmieszanie, Stara Kobieta rzekła nieco łagodniejszym tonem "Gdy odpowiesz sobie na to pytanie, pojawi się i dziecko. Wielkim błogosławieństwem jest, że jeszcze go nie masz! To czas dla ciebie, czas twojej przemiany. Wykorzystaj go dobrze. Udaj się na pustkowie
i zbadaj siebie, swoje cele, pragnienia i motywacje. A teraz już idź." I znów pogrążyła się w transie.
Chcąc nie chcąc, wzburzona wyszła z chaty i ruszyła przed siebie, sama nie wiedząc dokąd się udać. Nogi niosły ją same, a w głowie huczało od pytań " Po co mi to dziecko? Czy ja go naprawdę chcę? Czego właściwie chcę?" Idąc tak, potknęła się o wystający korzeń i przewróciła, tłukąc boleśnie kolano. Pobrudzona błotem, zła na swoją niezdarność siadła na skraju lasu i rozpłakała się jak dziecko. Poczuła się taka zagubiona i bezradna. Sama nie wiedziała, czy płacze z bólu, żalu, czy złości na siebie. I przyszła do niej myśl "Jak chcesz mieć dziecko skoro nigdy nie pozwoliłaś sobie na bycie dzieckiem? Swemu dziecku też byś nie pozwoliła. Najlepiej, żeby było ciche, grzeczne i tobie nie przeszkadzało." Istotnie zawsze była spokojną i grzeczną dziewczynką, poważną i nad wiek dojrzałą. Była pilną uczennicą, nie sprawiała kłopotów. Tak bardzo zawsze chciała być dorosła i odpowiedzialna. Ganiła siebie i innych za najmniejszy błąd. Nade wszystko ceniła spokój i porządek, a dzieci są przecież takie nieprzewidywalne. Właściwie to nigdy ich nie lubiła. Robią tyle hałasu, ciągle coś psują, brudzą i przewracają. " Ale przecież mają do tego prawo. Są dziećmi, dopiero się uczą, poznają świat" - dotarło do niej. Wzięła więc na kolana swoją wewnętrzną dziewczynkę, otarła z łez jej umorusaną buzię i spokojnie wytłumaczyła, że nie musi przynosić ze szkoły samych piątek, że to nic złego, gdy co rusz rozbija sobie kolana, że ma prawo czasem się pobrudzić, czegoś nie wiedzieć, mieć gorszy humor, płakać lub dokazywać kiedy ma ochotę.
Utulona i ukojona w żalu rozejrzała się wokół. Przed nią roztaczało się pustkowie, na które skierowała ją Stara Kobieta. Wkroczyła na nie śmiało. Przeczuwała już, jaka powinna być odpowiedź, ale jeszcze potrzebowała odnaleźć ją w sobie, stworzyć dla niej miejsce, uczynić prawdziwą.
Zmierzchało się już, więc spoczęła w osłoniętym od wiatru miejscu i rozpaliła ogień. Poczym przybrawszy medytacyjną pozę, wyciszyła się, by zajrzeć w głąb siebie. Zaczęła afirmować dar życia w swoim łonie, gdy nagle poczuła gorący, cuchnący oddech na swojej twarzy. Otworzyła oczy i przerażona ujrzała tuż przed sobą szczerzącego zęby wielkiego, szarego wilka. „Powiedz mi dzieweczko” – zawarczał – „Jak możesz dać życie, skoro własnego nie cenisz?" Chciała krzyknąć, zaprzeczyć, wytłumaczyć się, ale głos uwiązł jej w gardle.  "Mnie nie oszukasz” - rzekł wilk- „Jestem stepowym wilkiem, tą częścią ciebie, która zamyka się w sobie i kąsa, stroni od ludzi, ucieka od prostych radości i smutków życia, by wyć samotnie na pustkowiach, pogrążając się w bólu istnienia. Ileż to razy mówiłaś, że się na ten świat nie prosiłaś. Ile razy chciałaś zasnąć i się nie obudzić, po to tylko, by mieć święty spokój, nie musieć decydować o sobie, dokonywać zmian. Czy ty naprawdę żyłaś?!" Prawda tych słów paliła, jak gorejące ślepia zagrażającej jej bestii. Padła na kolana i zaczęła się modlić o życie, jak nigdy przedtem. Na klęczkach dziękowała za wszystkie dobre rzeczy, które ją spotkały, a których do tej pory nie dostrzegała. Było ich tak wiele, tak wiele... Nieoczekiwanie poczuła wdzięczność przepełniającą jej serce i spłynął na nią niezwykły spokój. Wilk znikł tak nagle, jak się pojawił, a ona cieszyła się, że ciągle żyje i oddycha. Krew tętniła jej w żyłach, chciało jej się krzyczeć i tańczyć. Spojrzała w rozgwieżdżone niebo. Życie było takie cudowne, wręcz mogła się nim zachłysnąć.
Dotąd świat wydawał się być gdzieś za szybą. Nie umiała go w pełni smakować. Wciąż na coś czekała, licząc że w cudowny sposób odmieni jej zwyczajną egzystencję. Żyła jak we śnie, trwoniąc czas na czcze fantazje. Sądziła, że miłość małżeńska jest wszystkim czego potrzebuje, lecz choć była z mężem dość szczęśliwa, to nadal czegoś jej brakowało. Może właśnie dlatego zapragnęła dziecka, by wypełnić tą dojmującą pustkę. Ale czy to był dobry pomysł? Teraz nie była tego taka pewna. Odpowiedź, która była tak blisko, znów jej się wymykała. Zadumana dorzuciła drew do gasnącego już ognia.
Tymczasem nastał nów jej księżycowego cyklu. Do tej pory witała go niechętnie. Niósł ze sobą złe samopoczucie, ból brzucha a odkąd zaczęła starać się o dziecko poczucie zawodu i rozżalenia. W gorzkich żartach zwykła nazywać tą przypadłość "przekleństwem Ewy". Zresztą wszelkie kobiece sprawy wydawały się jej udrękąi wielką niedogodnością. Czy nie napisano "w bólu rodzisz będziesz". Z jej matką i babką było tak samo, czemuż z nią miałoby być inaczej. Dlatego, gdy przychodził ten czas, zaszywała się u siebie, jak ranne zwierze w ciemnej norze, by cierpieć w samotności.
Tym razem stało się jednak inaczej. Już miała zwinąć się w kłębek, oczekując na ból, gdy usłyszała roześmiane głosy. "Czego się smucisz?. To czas świętowania. Czas niszczenia starego, by dać miejsce nowemu. Czas nadziei i stwarzania, więc raduj się, śpiewaj i tańcz". Wtem w świetle księżyca pojawiły się przy niej trzy postacie kobiece. Nim zdążyła zaprotestować chwyciły ją za ręce i zawirowały w kręgu, aż zabrakło jej tchu. Włosy rozwiał jej wiatr, suknia zafurkotała wokół ud. "Kim jesteście - wydyszała, gdy wreszcie ją puściły.
"Jestem twoją Inspiracją, wizją twórczą” - odezwała się pierwsza z nich, smukła jasnowłosa dziewczyna w zwiewnej szacie –„ Zapomniałaś o mnie” - dodała z wyrzutem – „Gdzie się podziały twoje marzenia?"
"Odeszły gdzieś” - rzekła kobieta zawstydzona – „Chciałam kiedyś malować, ale to takie dziecinne i naiwne, nie miało sensu...nie było rozsądne. A potem, sama rozumiesz..."
"Hm, myślę, że ty je przegoniłaś” - odparła Inspiracja mrużąc oczy – „Pogrzebałaś swoje talenty." Choć rzekła to spokojnie, jakby od niechcenia, dla kobiety słowa te były zarazem jak policzek, kubeł zimniej wody i grom z jasnego nieba; tyle wzbudziły emocji - od złości i zaprzeczenia, po pełne zgrozy zrozumienie, że ta zwiewna istota ma rację. Tak, sama to sobie zrobiła! Z trudem się opanowała.  "Chcesz być matką, a zrezygnowałaś z bycia twórcą. Masz przecież dar stwarzania. Odważ się zrobić linię na płótnie swego życia. Wymaluj swoje uczucia, myśli i pragnienia”.
Tak zachęcona chwyciła patyk i zaczęła nim wodzić po piasku. Początkowo kreśliła bezładne esy - floresy, potem z coraz większą lekkością i swobodą wyrysowała piękny, bujny ogród. W nim zaś wszystko co przyszło jej do głowy - drzewa, fasmantagoryczne kwiaty, rajskie ptaki, motyle, słońce, a nawet księżyc i gwiazdy. Na koniec umieściła w nim siebie trzymającą w ramionach dziecko. Dzieło zdawało się ożywać w blasku płonącego ogniska.
"Czy to aby na pewno wszystko - zagadnęła druga postać z filuternym uśmiechem, pląsając beztrosko po piaskowych rysunkach. Kusa, pstrokata sukienka więcej odkrywała, niż zasłaniała z jej ponętnych kształtów. Kobieta spojrzała niechętnie na tą, która była chyba jej całkowitym przeciwieństwem. Chociaż... dostrzegała w niej pewne irytujące podobieństwo...

"A tak, a tak!” - zachichotała tamta patrząc na nią zaczepnie spod płomiennej grzywki - Jestem Twoją Namiętnością, pasją życia, ty sztywna nudziaro. Czy, to nie mnie brakuje przypadkiem w twoim małżeńskim pożyciu?"
Kobieta żachnęła się, rumieniąc się jednocześnie po korzonki włosów, ale nic nie odrzekła.
"Hej, zatańcz ze mną!”  - zakrzyknęła tamta niezrażona, jednym gestem podsycając dogasające płomienie -  „Potrząśnij bioderkami. Wiem, że to lubisz i potrafisz. No dalej, nie daj się prosić! Jesteś kobietą. Ciesz się tym i świętuj. Kiedy ostatnio dobrze się bawiłaś?"

Z początku niepewnie, potem z większą werwą kobieta ruszyła w tan. Dała się ponieść rytmowi. Zatraciła się w radosnym, ognistym tańcu. Już prawie zapomniała, jak bardzo lubiła tańczyć. Czemu właściwie przestała? Ziemia dudniła pod jej stopami, cały świat się kręcił razem z nią. Wirując coraz prędzej i prędzej wydała z siebie dziki okrzyk.
"Dobrze! Lecz możesz jeszcze głośniej! Poślij swój krzyk daleko” - rozległ się tubalny głos trzeciej postaci, potężnej Murzynki z nagim, krągłym brzuchem – „Jestem Wielką Matką, twoją wolą życia i wewnętrzną siłą, Głosem, który wypływa się prosto z trzewi. Tam tkwi twoja moc, lecz musisz jej zaufać. Sięgnij do swego brzucha. Z niego potęga życia i tworzenia. Bez tego inspiracja i namiętność niczym. Huknijże pełną piersią, tak od serca i zaśpiewaj. Kiedyś przecież śpiewałaś. To nie musi być ładne, ani poprawne - niech będzie prawdziwe i twoje."
Kobieta wzięła głęboki oddech i wyśpiewała swoje żale i tęsknoty, smutki i nadzieje, a także świeżo odkrytą pasję i radość bycia kim jest. A wszystko mocnym, pewnym głosem, który na nowo odzyskała. Na koniec zajrzawszy w głąb serca, wydobyła zeń Pieśń Miłości. Zaśpiewała jasno i czysto, wznosząc ją wysoko ku Niebu. Pieśń przepełniała ją, jak woda występująca z brzegów. Pozwoliła łzom płynąć swobodnie, a fala ciepła zalała jej serce i biła szerokim, nieprzerwanym strumieniem, wypełniając całą przestrzeń. Gdy wybrzmiał ostatni ton, znała już odpowiedź. Jedyną dla jakiej warto powołać nowe życie. Wreszcie odnalazła ją w sobie. Mogła wracać do domu. Co też uczyniła.

Świtało już, gdy mijała chatę Starej Kobiety. Ta stojąc na progu, uśmiechnęła się z aprobatą "Widzę, że jesteś gotowa" i zniknęła, nie czekając na podziękowania.

Kobieta ruszyła dalej. Kroczyła pewnie i śmiało. Gdy ujrzała węże na drodze, huknęła na nie, tupiąc nogą. Uciekały tak szybko, że aż parsknęła śmiechem. Trochę jej nawet zrobiło się ich żal. Z drugiej strony cieszyła się, że ich przez przypadek nie zadepcze. Nadal za nimi nie przepadała, ale to jednak też stworzenia boże.
Nie widząc przeszkód, skierowała się tanecznym krokiem do domu, gdzie czekał na nią stęskniony i kochający mąż.