Śmiech to uniwersalny język duszy


Pierwszy raz o jodze śmiechu dowiedziałam się kilka lat temu. To było chyba w jakimś amerykańskim filmie. Na zasadzie, że banda nawiedzeńców robi coś dziwnego. I wtedy dość kuriozalnym mi się wydało, takie śmianie się na zawołanie. Robienie z tego techniki. No, mój Boże, ludzie się śmieją, jak mają powód!
A potem poszłam na urlop wychowawczy… Szymuś to moje ukochane, długo wyczekiwane dziecko, ale jeśli komuś się wydaje, że jest gotowy na rodzicielstwo, to ma absolutną rację - wydaje mu się. Myślę, że poczułam się przytłoczona przez oczekiwania, które sobie stawiałam. Mój perfekcjonizm i potrzeba kontroli wzięły nade mną górę. W każdym razie w pewnym momencie zaczęłam się łapać na tym, że coraz mniej się śmieję. Że mogę oglądać komedię, jakiś śmieszy gag, mój intelekt nawet to odnotowuje, stwierdza, że jest śmieszne, ale nic więcej. A ja przecież tak lubiłam się śmiać. Tyle, że robiłam to stanowczo za rzadko, natomiast zbyt często się denerwowałam, przejmowałam drobiazgami i brak mi było dystansu do siebie. Gdzie te czasy, kiedy wraz z kuzynami na wakacjach u babci, leżąc w łóżkach, do później nocy opowiadaliśmy sobie po cichu kawały, zaśmiewając się aż do bólu brzucha, tak by nas dorośli nie słyszeli? Uświadomiłam sobie, że to jedno ze szczęśliwszych wspomnień z dzieciństwa. I chciałam poczuć się tak beztrosko, jak kiedyś, tak dla własnego samopoczucia i z potrzeby bycia fajną i wystarczająco dobrą mamą.

Już wcześniej zauważyłam, że jak się bawię z moim synkiem, jak sobie odpuszczam i jestem tu i teraz, w tej zabawie, to czuję się znacznie lepiej. Pewnego razu, w ponury jesienny dzień, podczas zabawy z Szymonem, zaczęliśmy nakręcać się wzajemnie śmiechem. Tak jakoś wyszło. Zaczęłam tak dla wygłupu od zwykłego ha, ha, ha, hi, hi, hi, a on, jak to dziecko, zareagował tym swoim czystym, serdecznym śmiechem. Człowiek jest w stanie sporo zrobić, by wywołać taką cudną reakcję u swojej latorośli, więc na zasadzie sprzężenia zwrotnego, zrobiłam to znowu i znowu, aż w pewnym momencie  śmiałam się już autentycznie. Było to dla mnie niezwykłe doświadczenie, obserwować tą wzajemną wymianę i narastanie energii, zwłaszcza, że byłam wówczas mocno przygnębiona. Wtedy dotarło do mnie, na czym joga śmiechu może polegać i że chyba ma to sens.

Na odpowiedź Wszechświata długo nie musiałam czekać. Na Facebook’u znalazła mnie informacja o 3-godzinnych warsztatach prowadzonych przez Piotra. Było to w kwietniu 2013 roku. Wzięcie w nich udziału całkowicie mnie do sprawy przekonało. Do dziś pamiętam to niesamowite uczucie rozluźnienia i spokoju, jakie mi towarzyszyło po wyjściu z zajęć. Dawno tak się nie czułam. Już na tym warsztacie Piotr wspomniał coś o treningu dla nauczycieli i odnotowałam sobie ten fakt w pamięci. Może to coś dla mnie, pomyślałam. Oczywiście, nie obyło się bez wątpliwości typu: Po co mi kolejny warsztat i certyfikat? A co jak to kolejny słomiany zapał? A może mi się tylko wydaje itd. Z biegiem czasu wątpliwość ta narastała, zwłaszcza, że trudno mi się było jakoś zmobilizować do samodzielnej praktyki, a jako matka małego dziecka, nie zawsze mogłam wyrwać się do Warszawy na klub śmiechu. Raz zasiane ziarno kiełkowało. Gdy dowiedziałam się o terminie i kosztach warsztatu postanowiłam zaryzykować. Uznałam, że nawet jeśli nie wykorzystam tego zawodowo, to przynajmniej jako lider, będę miała motywację, by skrzyknąć ludzi z okolicy i popraktykować.

Byłam uczestnikiem pierwszego kursu liderskiego, jaki było organizowany w Polsce. Panowała na nim iście rodzinna atmosfera. Poznałam na niej wielu cudownych ludzi, którzy w taki czy inny sposób zostali mi w życiorysie. Warsztaty utwierdziły mnie w przekonaniu, że joga śmiechu jest sposobem na życie, który podnosi poczucie dobrostanu, poziom energii i daje pewność siebie, potrzebną do realizacji swoich celów i marzeń. Uzmysłowiły mi też, że to przede wszystkim ruch społeczny – najprostsza, bo wolna od wszelkiej ideologii, droga do zaprowadzenia, jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi, pokoju na świecie, który przecież zaczyna się w ludzkich sercach. Tak po prostu. A cóż, jeśli nie wspólny śmiech, otwiera nas na drugiego człowieka.

Po zakończeniu kursu, pełna zapału, zorganizowałam klub Jogi Śmiechu u mnie w Karczewie. Dyrekcja karczewskiego Centrum Kultury pozytywnie odniosła się do mojej inicjatywy i udostępniła salę na zajęcia. Na pierwsze zajęcia przyszło 5 osób, same panie. Sesja bardzo się udała. Jedna z uczestniczek wyznała potem, że dawno już tak dobrze nie spała, jak po tych pierwszych zajęciach. Przez pierwsze tygodnie frekwencja się utrzymywała na mniej więcej tym samym poziomie, choć była spora rotacja. Miałam jednak 2 stałe klubowiczki. Niestety po 2-3 miesiącach już tylko one pojawiały się na moich zajęciach, a czasem było tak, że nikt nie przychodził. Po paru takich sytuacjach z rzędu, zrezygnowałam z prowadzenia klubu i nawiązałam współpracę ze szkołą jogi w Otwocku. Poprowadziłam tam parę zajęć, w ramach prezentacji, odzew był pozytywny, ale tu też, z czasem sprawa się rozeszła po kościach.
Nie rezygnowałam natomiast z regularnej, samodzielnej praktyki, w którą w miarę możliwości, angażowałam rodzinę. Zmiany jakie w sobie zauważyłam, to lepsze samopoczucie, większy dystans do siebie i swoich problemów, a co najważniejsze, odzyskałam zdolność śmiania się. Czasem z byle powodu potrafię dostać paroksyzmu śmiechu. Jestem też dla siebie i innych bardziej wyrozumiała i mniej osądzam. Oczywiście odkąd wróciłam do pracy, różnie bywa u mnie z systematycznością, co od razu przekłada się na mój stan ducha. Bardzo łatwo jest wejść z powrotem w stare nawyki myślowe i wzorce zachowań. Ale nawet gdy mi się to zdarza, jestem tego świadoma i nie zwalam złego samopoczucia na li tylko okoliczności zewnętrzne. Joga śmiechu to prosty, tani, łatwo dostępny sposób pracy nad samym sobą. Grzech nie skorzystać. Śmiech, to uniwersalny język duszy, mający moc transformacji. Sprawia, że wykraczamy poza ego i umysł, by na powrót stać, jak dzieci – radośni, czyści, ufni, otwarci.

Miałam okazję się o tym przekonać, gdy w moim życiu pojawiło się kilka trudnych spraw, na które kiedyś zareagowałabym dużo większym stresem i poczuciem krzywdy. A teraz, aż sama sobie się dziwię, że tak dobrze sobie z tym radzę. Mam w sobie dużo ufności wobec losu i energii, by realizować różne twórcze projekty, m.in. wydanie kolejnego tomiku wierszy.
Obecnie prowadzę okazjonalnie sesje jogi śmiechu na tzw. gościnnych występach, czy to na warsztatach moich przyjaciółek, spotkaniach Federacji Kobiet, bądź lokalnie w Karczewie, przy okazji organizowanego przez Bibliotekę Miejską karaoke. Udało mi się nawet przeprowadzić parę sesji u mnie w pracy. Jednak choć odbiór uczestników był pozytywny, nie wszyscy z kierownictwa byli gotowi na taką innowacji i uznali, że licuje ona z powagą urzędu. Jednak wierzę, że jeszcze nic straconego.
Tym czasem, zapraszam na indywidualne spotkania on-line na Skypie bądź Messagerze. W godz. 20.00 – 22.00 jeśli chcesz możesz pośmiać się ze mną.